Zwierzęta domowe i ich wpływ na środowisko naturalne

Zmiany klimatyczne to temat, który w ostatnich latach jest poruszany bardzo często. Groźba znacznego ocieplenia stała się nie tylko wyraźna, ale wręcz namacalna. Coraz częściej ludzie zaczynają zastanawiać się nad tym, w jaki sposób ich egzystencja wpływa na środowisko naturalne. Jednym z aspektów jest posiadanie zwierząt domowych.

Kupa kłopotów

Właścicielom kotów i psów z pewnością trudno jest sobie wyobrazić, jak ogromną skalę przyjmuje negatywny wpływ zwierząt domowych na przyrodę. Podstawowy problem, o jakim trzeba powiedzieć, wiąże się z odżywianiem (i co za tym idzie – wydalaniem). Wyobraźmy sobie, że gdyby psy i koty z USA miały stworzyć jedno, osobne państwo na świecie, to byłoby to państwo przodujące pod względem emisji gazów cieplarnianych. Zdaniem analityków, mógłby to być piąty emitent zanieczyszczeń na globie. A co dopiero mówiąc o ogóle zwierzaków?

Psie i kocie odchody rozkładając się powodują olbrzymie skażenie środowiska. Kwestia sprzątania po zwierzaku właściwie nie jest tu pierwszorzędna, bo przecież nawet sprzątnięta kupa gdzieś musi trafić. Statystyki nie tyle zaskakują, co wręcz przerażają. Tylko w San Francisco psie kupy zajmują już tak wiele miejsca na wysypiskach, co zużyte jednorazowe pieluchy. Roczna “produkcja” odchodów psów w USA sięga już przeszło 10,5 miliona ton! W Polsce “tylko” niepełny milion. Ale to i tak olbrzymia wartość. Nie ma oczywiście znaczenia, czy kupa ta została sprzątnięta przez właściciela i na śmietnik trafiła w foliowej, biodegradowalnej torebce, bo i tak przywalona stertą innych śmieci torebka taka z pewnością szybko się nie rozłoży (potrzeba tlenu). Zamiast tego, z kupy zaczyna powstawać metan, który – w porównaniu z dwutlenkiem węgla – to ponad dwudziestokrotnie większe “zło”.

Nie ma dobrych rozwiązań

Zauważalnym problemem, który wiąże się z odchodami psów, jest brak dobrych rozwiązań umożliwiających utylizację odchodów – co z jednej strony ogranicza wytwarzanie metanu, a z drugiej sprawia, że korzystanie z biodegradowalnych torebek ma sens. Przykład z Polski: w wielu miastach torebki są rozdawane bezpłatnie, jednak… brakuje koszy tylko na odchody w foliowych woreczkach. W takiej sytuacji kupy lądują w tradycyjnym koszu lub wręcz gdzieś pod krzakiem, wyrzucone przez właściciela czworonoga, znudzonego poszukiwaniem właściwego śmietnika. Odrębnym problemem jest fakt, że ludzie nic nie robią sobie z tego, że dany śmietnik służy tylko do wyrzucania kup, i pakują wszystko, co mogą. Na porządku dziennym jest także dewastowanie dystrybutorów torebek czy kradzież zawartości.

Oczywiście nie wszędzie tak jest. Na przykład w Toronto istnieją specjalne kompostownie do bezpiecznej utylizacji odchodów w biodegradowalnych torebkach. Robi się to z zastosowaniem wysokiej temperatury, która niszczy bakterie, dzięki czemu pozostaje nawóz.

Z kotami też problem

Ok, żeby nie było, że tylko psie odchody są “be”. Z kocimi też nie jest łatwo. Istnieją tu dwa główne problemy: masowe korzystanie ze żwirków betonitowych, których produkcja szkodzi środowisku, oraz ryzyko obecności pasożytów odpowiedzialnych za toksoplazmozę. To możesz zaskoczyć, ale zdaniem naukowców to właśnie z kocich odchodów pochodzą bakterie, którymi zaraziły się białuchy arktyczne – walenie, którym grozi wyginięcie.

Co je Reksio i Mruczek

Drugim ważnym problemem, który wpływa na to, że zwierzęta dosłownie zatruwają naszą planetę, jest jedzenie. Z jego produkcją – zresztą tak samo, jak z produkcją ludzkiego jedzenia – wiąże się olbrzymia emisja dwutlenku węgla. A do tego dochodzi też produkcja różnych gadżetów dla zwierząt, zabawek, transporterów, kuwet, smyczy, leków. Nawet przecież transport do weterynarza to kolejny ślad węglowy.

Czy to znaczy, że nikt nie powinien mieć psa czy kota? Niekoniecznie, choć daleko, by nad tym się zastanawiać. Ważne jest jednak znaczne ograniczenie populacji zwierząt domowych i – przede wszystkim – znalezienie rozwiązania problemu piętrzących się odchodów.